Stała i patrzyła na odjeżdżający pociąg. Był taki szybki,
szybki jak…? Czas.? Nie. Czas leci szybciej. Nim zdążysz mrugnąć, już jest o
sekundę więcej. Wyszła ze stacji i skierowała się w stronę przystanku
autobusowego. Ciągle myślała na temat czasu. Jaki jest czas .? Czy da się go
opisać .? Jest taki długi i jednocześnie taki krótki. Sekunda – niby taka
szybka, a tyle rzeczy może się stać w ciągu jednej sekundy. A godzina .? Wydaje
się taka długa, a tak szybko mija. Te 5 minut, ostatnie 5 minut jej szczęścia,
też minęły bardzo szybko.
Nadjechał autobus. Wsiadła i skasowała bilet. Zajęła miejsce
koło okna. To co zaszło na stacji kolejowej, było dziwne. Jej uczucia do niego
od bardzo dawna nie zmieniły się. Ale zastanawiało ją jedno. Czy on do niej
czuje to samo.?
Autobus zatrzymał się na przystanku, niedaleko jaj domu.
Wysiadła z pojazdu, ale zamiast do domu
poszła przejść się po osiedlu. Na uszy założyła słuchawki włączyła piosenkę
„James Arthur – Impossible”. Piosenka ta przypominała jej wszystkie chwile spęczone
z chłopakiem.
*
Siedział spokojnie i słuchał muzyki. Miał do domu jeszcze 20
minut drogi pociągiem i 25 minut autobusem. Był już trochę zmęczony. Była
godzina 20:37. Na dworze robiło się ciemno. Jego pogodny nastrój znów zmienił
się w ponury. Umysł znów napełnił się setkami myśli. A tą główną, było
wspomnienie pożegnania z dziewczyną.
To się stało tak nagle, tak niespodziewanie. Dla chłopaka to
było miłe zdarzenie. Od bardzo dawna jego uczucia do dziewczyny nie zmieniły
się. Lecz z dnia na dzień stawały się silniejsze. Dobra, kochał ją, ale czy ona
kochała go .? skoro doszło do pocałunku, to chyba tak.
W końcu pociąg zatrzymał się. Chłopiec wyszedł z niego,
zadowolony że za parę minut będzie w domu. Skierował się w stronę przystanku
autobusowego. Niestety nie było już żadnego autobusu jadącego w stronę domu.
Na dworze było coraz zimniej i ciemniej, a do tego jeszcze
się chmurzyło. Chłopiec szedł przed siebie słuchając muzyki, gdy nagle zaczął
padać śnieg.
- to chyba jakiś żart – powiedział sam do siebie. Wszedł na
ulicę Kolorową – najbardziej niebezpieczną ulicę w mieście. Było mu zimno i
trochę bał się przejść przez tę ulicę, ale jednak odważył się. Idąc, rozglądał
się dookoła siebie. Nagle usłyszał za sobą czyjś głos.
- o patrzcie, jakiś nowy – powiedział mężczyzna w
niebieskiej czapce, po czym zwrócił się do nowego – czego tutaj szukasz, guza .?
Dwaj koledzy zaśmiali się. Wystraszony chłopak odpowiedział:
-nie, ja tylko przelotem tędy. Już sobie idę
-nie tak prędko, kolego – odezwał się wysoki mężczyzna w
zielonym sweterku. – po godzinie 20:30 to nasz teren…
- i nie zapraszamy tu gości – wtrącił się koleś w kamizelce.
Wszyscy trzej stali obok siebie i gapili się na chłopca.
-Aha, ja już muszę iść – chłopiec zawrócił i gdy miał już
odejść jeden z łobuzów złapał go za kaptur. I zaczęła się bójka. Jeden z nich
trzymał śmiertelnie przestraszonego chłopca, drugi go bił, a trzeci wszystkiemu
się przyglądał. Po chwili chłopak był tak obolały, że nie miał siły się bronić.
Gościu w niebieskiej czapce puścił go. Pobity upadł na ziemię. Dostał jeszcze
pare razy, aż w końcu usłyszał:
- dobra, zostawmy go, młody już chyba zrozumiał, że ma się
tu więcej nie pokazywać.
I odeszli, zostawiając go. Pokrzywdzony leżał na ziemi
pokrytej śniegiem w niewielkiej kałuży krwi. Wszystko bolało go tak mocno, że
zaczął płakać. Nie miał siły nawet wstać.
Po 10 minutach, jednak podniósł się. Z kieszeni kurtki wyjął
chusteczki i jedną wytarł zakrwawiony nos i usta, a drugą zapłakane oczy. Obolały, zmarznięty i słaby szedł wolno przez
kolejne ulice. Ludzie, których mijał, śmiali się z niego. Nikt nie był tak
miły, pomóc mu dojść do domu. W końcu udało mu się dotrzeć do celu. Wszedł do
domu. Jego rodziców nie było, wyjechali do dziadków na 2 tygodnie. Był sam w
domu i nie wiedział co ma ze sobą zrobić. Usiadł w wygodnym fotelu, przykrył
się cieplutkim kocem i po chwili zasnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz